Znamy się od kilku lat
ale nie mówimy ile mamy wad
Mieszkamy w jednym domu
i nie ufamy nikomu
Ja jej powierzam wszystkie moje sny
ona ociera moje łzy
W zdrowiu czy w chorobie
jesteśmy nierozłączne obie
Naprawdę ona jest fantastyczna
ta moja poduszka ortopedyczna.
W małym mieście zwyczajnie jest
ulicą przebiegnie kot albo pies
Przechodnie nie spieszą się wcale
tu życie biegnie ospale
Tylko dzieci co do szkoły idą
tego marazmu nie widzą
Uczniowskie problemy mają
i o nich najczęściej rozmawiają
Ci co od rana pracują
po ulicach się nie snują
Zaaferowani, zalatani
przez interesy poganiani
Emeryci renciści jakoś żyją
z codziennością si biją
Gdy się ma już stare kości
jak opłacić należności
Bezrobotni jedną drogę znają
rejestracji w urzędzie się poddają
I tak żyją biedoty
wypatrując jakieś roboty
A w mieście ciągle spokojnie
jak po bezkrwawej wojnie
Takie zwykłe życia udawanie
każdy liczy na przetrwanie
Niby wszystko w porządku
zaczynają od początku
Stawiać sobie nowe cele
czasem wzdychać – gdzie te Peerele?
Ja pyłek we wszechświata zawierusze
czym jestem, gdy cierpię katusze?
Do jakich bram się dobijam
gdy dziury na drodze omijam?
W trybach energii się mielę
i uwięziona w skafandra ciele
mam zadanie, co mnie przerasta
nauczyć się piec zwyczajne ciasta
To będzie banał nad banały
wobec rozpadu gwiazd na skały
Lotu sondy na Tytona
gdy wstanę jak zawsze zaspana
A może w tej niezbadanej tajemnicy
to my z pyłu klucznicy
Otwieramy i zamykamy drzwi
o których nam się czasem śni.
Już oczy upadły w ciemność
odpłynął życia wir
Pogrążam się w błogi niebyt
otula mnie czerni kir
Śnię
Cichutko wypełzam z ciała
i płynę nad ziemią wysoko
jestem tak bardzo mała
mam tylko jedno oko
Szybuję
Powietrze takie bardzo niebieskie
przepływa między ustami
Pan stoi i wrota anielskie
uchyla własnymi palcami
Spadam
Przede mną bezkresne schody
słychać harf cichutkie brzmienie
jestem już tylko kropelką wody
spadam na boskie kamienie
Słabnę
Anioły furkoczą białymi skrzydłami
toczę się niemym lotem
pomiędzy ich złotymi sukniami
i wiem już co będzie potem
Szepcę
Tak dużo jeszcze
dzieli dom jasności w niebie
od tego co tam w dole
gdy wołasz mnie do siebie
Zawracam z łąk niebieskich Pana
ja dusza uśpionego ciała
i choć wolność jest mi dana
znów drugie oko będę miała
Szybuję znów na ziemskie padoły
nie mogę zostać między anioły
Ziemskiego życia jeszcze mi trzeba
ciało i dusza, to bochen chleba
Myśl, kropelka wody niewielka
przytulam miękko do ciepełka
kładę się cieniem na głowy kole
bo tu jest mego życia pole.
Przynosisz mi uśmiechy i kwiatów naręcza
Lecz ja się z tym dobrze nie czuję
Bo skąpisz mój miły swojej czułości
A mnie jej jak zawsze brakuje
Pragnę od ciebie czegoś więcej
Gestów i słów ciepłych od słońca
Chwil z Tobą, co miękczą serca
Dni i nocy bez końca
Nie bądź małym ślimakiem
Zamkniętym w ciasnej muszelce
Nie chcę, byś z kwiatkami
Przynosił mi wystygłe serce
Wiedz, że jestem światłoluba
Rozkwitam tylko w jasności
Moja miłość wybuchnie wtedy
Gdy uchronisz ją od ciemności.
My ludzie, mutanty mrówek
świat zmieniamy, używając główek.
Od tysięcy lat, gdy z drzewa
rajskie jabłko zjadła Ewa
Jedni stawiają pomniki dla wieczności
inni odgrzebują faraonów kości
Ile gór, dolin i szczytów
tyle w nas prawdy i mitów.
Jesienne smuteczki wskoczyły na ławeczki
poubierały się w ciepłe wełniane czapeczki
Przycupnięte cichutko grzecznie siedzą
co ich tu czeka jeszcze nie wiedzą
Liście prawie wszystkie z drzew opadły
trawę grubym kobiercem przykryły
Przy smuteczkach gołębie przysiadły
dawno tu w parku nie były
Zerwał się nagle wietrzyk co spał na dębie
odfrunęły z łoskotem wystraszone gołębie
Dmuchnął potem mocno na ławeczki
strącił smuteczkom ciepłe czapeczki
Z rozmachem liście pognał tumanem
"Ja tu jestem w parku panem"
Wtem w pożółkłej jesiennej alejce
gwar sie rozniósł wesoły
"Kto tutaj tak ciągle śmieci?"
spytały – wracające ze szkoły dzieci.
Kwiaty, znicze i nasza pamięć,
tulą w objęciach pomników rzędy.
Mamy w sobie spokój, szacunek
i krok rozważny prowadzi tędy.
Gdzie już się stało co miało stać.
Jeszcze świadomość nas nie dotyka.
Jeszcze myśli, że tak daleko,
do spotkania z nimi, naszymi bliskimi.
Oni tu z nami byli i wciąż są
w oczach, sercach wciąż trwają.
Na ołtarzach złożeni pamięci,
Nasi bliscy, nasi święci.
Z pośród chryzantem i świateł zniczy
Tylko nasza tu obecność się liczy.
Mamy w sobie spokój, szacunek,
Naszych dusz żyjących ratunek.
I ta pewność dni istnienia,
Że ta kolejność się nie zmienia.
My im dziś mówimy "wieczne spoczywanie"
Tak było, jest i zostanie.