Mówią o nim "człowiek dusza"
lecz on nie zdejmuje kapelusza
Gdy sąsiadkę spotyka na ulicy
w portfelu nerwowo pieniądze liczy
Ten pan miły z sercem na dłoni
wszystkie koty wściekły goni
Sam przyjaźni ciągle szuka
Lecz potrzebna mu nauka.
Z życia ukradłam godzinę
na spowiedź o piątej nad ranem
Chciałam i miałam nadzieję
dokopać sobie od zawsze
Przez palce widzieć bić językiem pianę
gorzko i słodko truć moje trwanie
W słowach strasznie blado i słabo
wypadam sama przed sobą
Bezradność ma mnie w garści
co mogę na to poradzić
Dobry Boże, podaj mi rękę
Dobre słowo drzwi otwiera
jest jak kod do ludzkich serc
Ono nic nas nie kosztuje
A tak wiele wciąż buduje
Mosty rzuca nam w ramiona
Ciepła strumień nie wysycha
Nawet gdy trwa beznadzieja
Dobre słowo zawsze wspiera
Dobre słowo w zwykły dzień
Ono nigdy nie zawodzi
Może ciebie też odrodzi.
Za oknem zwykły świat
podąża wciąż do przodu
Ludzie go lepią i rozdają
bez prawa rodowodu
 
Refleksji nigdy nie dość
gdyś mały kamyk stworzenia
Policz każdy swój czyn
dopisz do dziadów istnienia
 
Ślady na piasku zostają
gdy wiatr ich nie zmiecie
Ludzie czasem nie wiedzą
jak swoje zostawić na świecie
 
Jeśli kiedyś zrobisz rachunek
i będzie na to czas
Zapisz go w księdze wieczności
dla przyszłych ludzkich ras.
Znamy się od kilku lat
ale nie mówimy ile mamy wad
Mieszkamy w jednym domu
i nie ufamy nikomu
Ja jej powierzam wszystkie moje sny
ona ociera moje łzy
W zdrowiu czy w chorobie
jesteśmy nierozłączne obie
Naprawdę ona jest fantastyczna
ta moja poduszka ortopedyczna.
Ja pyłek we wszechświata zawierusze
czym jestem, gdy cierpię katusze?
Do jakich bram się dobijam
gdy dziury na drodze omijam?
W trybach energii się mielę
i uwięziona w skafandra ciele
mam zadanie, co mnie przerasta
nauczyć się piec zwyczajne ciasta
To będzie banał nad banały
wobec rozpadu gwiazd na skały
Lotu sondy na Tytona
gdy wstanę jak zawsze zaspana
A może w tej niezbadanej tajemnicy
to my z pyłu klucznicy
Otwieramy i zamykamy drzwi
o których nam się czasem śni.
Przynosisz mi uśmiechy i kwiatów naręcza
Lecz ja się z tym dobrze nie czuję
Bo skąpisz mój miły swojej czułości
A mnie jej jak zawsze brakuje
Pragnę od ciebie czegoś więcej
Gestów i słów ciepłych od słońca
Chwil z Tobą, co miękczą serca
Dni i nocy bez końca
Nie bądź małym ślimakiem
Zamkniętym w ciasnej muszelce
Nie chcę, byś z kwiatkami
Przynosił mi wystygłe serce
Wiedz, że jestem światłoluba
Rozkwitam tylko w jasności
Moja miłość wybuchnie wtedy
Gdy uchronisz ją od ciemności.
Jesienne smuteczki wskoczyły na ławeczki
poubierały się w ciepłe wełniane czapeczki
Przycupnięte cichutko grzecznie siedzą
co ich tu czeka jeszcze nie wiedzą
Liście prawie wszystkie z drzew opadły
trawę grubym kobiercem przykryły
Przy smuteczkach gołębie przysiadły
dawno tu w parku nie były
Zerwał się nagle wietrzyk co spał na dębie
odfrunęły z łoskotem wystraszone gołębie
Dmuchnął potem mocno na ławeczki
strącił smuteczkom ciepłe czapeczki
Z rozmachem liście pognał tumanem
"Ja tu jestem w parku panem"
Wtem w pożółkłej jesiennej alejce
gwar sie rozniósł wesoły
"Kto tutaj tak ciągle śmieci?"
spytały – wracające ze szkoły dzieci.